Czy chemioterapia powoduje przerzuty?

Ostatnio moją uwagę przykuła wrzawa w polskim Internecie wokół poważnego i dobrze zaprojektowanego badania opublikowanego w renomowanym magazynie naukowym, którego autorzy udowadniają, że chemioterapia przedoperacyjna powoduje rozsianie raka piersi.

Badanie jest świetnie zaprojektowane i rezultaty są bardzo interesujące — być może będą miały przełożenie na przedoperacyjne wybory pacjentek z rakiem piersi oraz na decyzje podejmowane przez onkologów i klinicystów.

Wczoraj napisała do mnie na Facebook’u jedna z mam dzieci leczonych na ALL, którą przeraził artykuł wyczytany w polskim Internecie — tym bardziej, że w badaniu mowa jest o cyklofosfamidzie (CPM) oraz doxorubicynie (DOXO), które są stosowane przy leczeniu białaczek dziecięcych.

Skoro są zastosowane te same cytostatyki w leczeniu ALL…

Czy powinniśmy się bać o nasze dzieci leczone na ALL?

Czy chemioterapia przy użyciu doxorubicyny i cyklofosfamidu pogarsza rokowania naszych dzieci? Czy może spowodować wznowę lub nowotwór wtórny?

Spróbuję dziś odpowiedzieć na te pytania, ale najpierw muszę poruszyć temat, który od dłuższego czasu mnie bardzo frustruje…

Nagonka na chemioterapię

Na przeróżnych pseudonaukowych blogach, w grupach FB i na prywatnych wall’ach osób związanych z medycyną alternatywną / naturalną trwa od dłuższego czasu zmasowany atak na chemioterapię.

Artykuł z Sekretów Zdrowia, który zacytowała mi jedna z naszych grupowiczek doskonale wpisuje się w ten problem. I jątrzy…

Wrzućmy wszystko do jednego wora…

Anonimowy autor (podpisujący się jako “Redakcja”), który popełnił ten tekst, dość nieudolnie dyskutuje o wynikach wyżej wymienionego badania dotyczących specyficznego nowotworu (operowalny rak piersi) i szczególnego typu chemioterapii (przedoperacyjnej – czyli takiej, która ma zmniejszyć guza i/lub uchronić kobietę przed radykalną masektomią), po czym płynnie przechodzi do zmasowanego ataku na chemioterapię.

Nawet laik wie, że chemioterapię stosuje się w różnych celach:

•  kuratywnie – żeby pacjenta wyleczyć (po to się stosuje chemioterapię w leczeniu dziecięcych białaczek)

•  przedoperacyjnie – żeby zmniejszyć guza do wielkości umożliwiającej zoperowanie go lub żeby zapobiec np. radykalnej masektomii

•  pooperacyjnie – żeby zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby (dzięki pooperacyjnej chemioterapii udało się zmniejszyć śmiertelność na raka piersi o 30% od 1990)

•  paliatywnie – żeby ulżyć cierpieniu terminalnych pacjentów pod koniec ich życia

Badanie dotyczyło tylko i wyłącznie przedoperacyjnej chemioterapii w leczeniu raka piersi (mającej zredukować wielkość nieoperacyjnego guza, przekształcając go w operacyjnym i/lub uchronić kobietę przed radykalną masektomią). Nie dotyczyło kuratywnej, pooperacyjnej czy paliatywnej chemioterapii.

Autor tego jednak nie dostrzega…

Bo przecież skoro znalazłem jeden argument, przeciwko konkretnemu jednemu typowi chemioterapii (przedoperacyjnej) w leczeniu jednego nowotworu (operacyjnego raka piersi), to — choć tego wszystkiego nie bardzo rozumiem i nie umiem czytać prac naukowych — jednak czuję, że cała chemioterapia musi być o kant dupy, a krwiożercze Big Farma tylko spiskują i czatują na moje życie i zdrowie…

Autor zarzuca chemioterapii brak skuteczności, zabijanie 50% pacjentów i powodowanie przerzutów. Frywolnie powołuje się na zeszłoroczne badanie opublikowane w The Lancet, które (zdaniem autora) miało rzekomo udowodniać, że to nie nowotwór, lecz chemioterapia zabija pacjentów. Badanie pokazało 30-dniową śmiertelność rzędu 6,4% (nie 50% jak pisał autor w swoim wcześniejszym artykule) u pacjentów leczonych na raka piersi i raka płuc, przy czym aż 1/3 pacjentów w tej grupie to pacjenci terminalni (nie mający szans na wyleczenie), otrzymujący leczenie paliatywne (mające poprawić komfort pacjenta na końcu jego życia).

Dla porównania, tylko około 1-2% dzieci leczonych na białaczkę ALL umiera w ciągu pierwszego miesiąca leczenia z powodu toksyczności terapii (TRM) lub postępu choroby, natomiast aż 97% dzieci osiąga po miesiącu remisję.

Chemioterapia leczy, nie zabija

Ta strona dotyczy białaczek dziecięcych, i na tym temacie się skupię.

Najprościej będzie zilustrować to graficznie:

Ktoś może powiedzieć “co z tego, że dziecko się leczy w krótkim terminie, skoro chemioterapia jest rakotwórcza i te dzieci i tak zachorują na ten czy inny nowotwór w przyszłości”.

Nowotwory wtórne (SMN czyli secondary malignant neoplasm) spowodowane terapią zdarzają się. Wg. niektórych statystyk występują u 1% do 10% dzieci, w zależności od różnych czynników (przede wszystkim od zastosowanej terapii). Największym sprawcą SMN jest bez wątpliwości bardzo kontrowersyjna radioterapia, ale też i niektóre typy chemioterapii (cyklofosfamid, 6-MP, etopozyd, ifosfamid itd.).

Czy to znaczy, że powinniśmy rezygnować z chemioterapii?

NIE!

Przypomnijmy:

PRZED 1960: 70% nieleczonych dzieci nie żyło po 6 miesiącach (70% śmiertelność).

OBECNIE: 90%+ leczonych dzieci osiąga permanentne wyleczenie.

Nawet jeżeli istnieje 1%-10% ryzyka SMN, kalkulacja jest oczywista (byłaby oczywista nawet gdyby to ryzyko było kilkukrotnie większe).

Chemioterapia daje ogromną szansę na pełne wyleczenie naszych dzieci.

Zaprzeczanie skuteczności chemioterapii w leczeniu białaczek dziecięcych jest dla mnie zbrodnią większą niż zaprzeczanie Auschwitz, bo zbrodnia przeciwko żywym dzieciom musi bulwersować bardziej niż zbrodnia przeciwko pamięci.

Leczenie ALL bez chemioterapii = pewna śmierć

Historię dziecka, które zostało pozbawione przez rodziców leczenia konwencjonalnego (na rzecz pestek z moreli) opisywano w mediach bardzo szczegółowo tu i tu. Boguś zmarł w lutym 2017, siedem miesięcy od diagnozy białaczki. Dokładnie po takim samym czasie jak umierała większość nieleczonych dzieci w latach pięćdziesiątych minionego wieku.

Wbrew bzdurom wygadywanym przez matkę hipnotyzerkę, to była niepotrzebna śmierć, której można było zapobiec.

Ciekawe czy autor Sekretów Zdrowia zdaje sobie sprawę, że zdesperowany rodzic po przeczytaniu jego artykułu może pójść w ślady rodziców Bogusia i (pomimo najlepszych intencji) bezpośrednio przyczynić się do śmierci swojego dziecka?

Nie ma drogi na skróty

Każdy z nas chciałby żeby leczenie śmiercionośnej choroby jaką zawsze jest białaczka dziecięca (czy większość nowotworów złośliwych) było proste, łatwe, bez efektów ubocznych, bez powikłań i bez toksyczności.

Każdy wolałby taką drogę na skróty. Drogę bez transfuzji krwi i płytek. Drogę bez kroplówek, bez płaczu, bez wymiotów, bez bólu, łez i cierpienia (czasem nawet serwowanego przez samych lekarzy). Wreszcie drogę bez pogrzebów zaprzyjaźnionych dzieci, którym się nie udało. Dlatego właśnie szamani i znachorzy mają pełne ręce roboty (i pełne kieszenie).

Nie ma drogi na skróty. Rak to okrutny przeciwnik, towarzyszący nam od milionów lat. To nie spisek koncernów farmaceutycznych. Nie powoduje go “grzyb”, pasożyt, zła karma z poprzedniego wcielenia, czy smugi na niebie.

To bezwzględny biologiczny wróg, który za wszelką cenę chce przetrwać i namnażać się, aż do naszej śmierci.

Wróg, z którym trzeba podjąć wojnę totalną… i uderzyć w niego wszystkim co mamy.

Na koniec, życzę ludziom z Sekretów Zdrowia życzę, żeby poszli po rozum do głowy. Żeby zamiast plugawić dorobek niesamowitych ludzi (dzięki którym również moje dziecko ma 90%+ szans na pełne wyleczenie), okazali odrobinę empatii, wrażliwości i szacunku dla ogromnego postępu jaki się dokonał w medycynie, właśnie dzięki chemioterapii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *